Recent Posts

wtorek, 3 czerwca 2014

Czy można malować z fotografii?

"Wodnik" -  po lewej stronie modelka w pracowni, po prawej gotowy obraz

Pytanie czy malarzowi wypada malować z fotografii, zamiast z natury, pojawiało się w moim życiu często. Odpowiedź na nie brzmi: najczęściej MUSI. Zwłaszcza jeśli chce malować portrety. Bo nikt nie ma czasu aby pozować na żywo.

To zagadnienie jest w świecie artystów nieco wstydliwe. Zauważyłam, że zwłaszcza przed profesorami na Akademii Sztuk Pięknych nie wypadało przyznawać się do takich praktyk. Prawie każdy student przysięgał, że maluje z natury lub z lustra. Fotografia bowiem zniekształca rzeczywistość i można łatwo zdemaskować dzieła, tworzone w ten sposób, jako przenoszące na płótno charakterystyczne deformacje. Mój profesor-promotor oczywiście wiedział że maluję ze zdjęć (tak robili także inni jego studenci) i nie miał nic przeciwko temu, byle by obrazy były dobre. Jednakże przed innymi członkami grona akademickiego nie należało się przyznawać do korzystania z tego medium przy malowaniu, jeśli chciało się być docenianym i „branym na poważnie”.

Wówczas nie do końca rozumiałam skąd brało się to zakłamanie. Teraz podejrzewam, że przyczyną był fakt, iż profesorowie, jako przedstawiciele pokolenia, które w młodości nie dysponowało obecnymi cudami techniki, doświadczyli na własnej skórze tego, że jakoś się da efektywnie pracować bez wydruków cyfrowych. I może trochę gardzili studentami, którzy upraszczali sobie życie. Może ich podejście pedagogiczne sprowadzało się do starej zasady, że najpierw należy ucznia przeczołgać (aby poznał wszystkie najgorsze strony dziedziny, którą zgłębia), a potem mu popuścić cugli.

Ale skoro postęp techniczny ułatwił studiowanie sztuk pięknych, dlaczego mielibyśmy sobie odmawiać uproszczeń? To, że param się techniką pochodzącą z dawnych czasów, to przecież nie oznacza, że muszę funkcjonować, jak w czasach Vermeera. Samodzielne kręcenie farb było ciekawym doznaniem i chętnie poznawałam tajniki warsztatu dawnych mistrzów, ale na Boga, w momencie gdy przychodzi do zaliczenia określonej ilości przedmiotów na półrocze, na każdym przeglądzie semestralnym zaprezentowanie sporej ilości prac, to okazuje się, że zwyciężają względy praktyczne. I nie ma czasu na własnoręczne ucieranie barwników, czy zmuszanie innego studenta do wielogodzinnego pozowania.
Dla mnie nawet sprawa wyboru między farbami akrylowymi a olejnymi rozwiązywała się poprzez czas schnięcia. Chociaż oleje dają efekty, jakich nie da się osiągnąć akrylami, sięgam po ten środek tylko w ostateczności, bo nie lubię czekać. Poza tym, mam w domu koty, więc pozostawienie mokrego malowidła olejnego do wyschnięcia na długie tygodnie, zaowocowałoby kłębami kłaków przyklejonymi przez ten czas do płótna. Mój profesor od technik malarskich pouczał nas swego czasu, że w pracowni, w której wykonuje się laserunki, powinna być kamienna podłoga, codziennie przemywana na mokro, aby żadne pyłki nie przylgnęły sterylnie wykańczanych płócien. Chwilowo niestety to dla mnie nieosiągalne. Zaś w czasach studenckich, gdy syf w szkolnej pracowni był stanem normalnym, ludzie ciągle przestawiali mi stanowisko pracy, palili papierosy, szlifowali, polerowali, zbijali blejtramy, prędzej można było zaplanować lot na księżyc, niż uzyskać warunki wyżej opisane.

Tu się, przepraszam, maluje...

...czy jakieś hołubce wycina??


Ponieważ głównym tematem mojego malarstwa jest portret, to muszę przyznać, że bez fotografii miałabym bardzo ograniczone pole manewru. Mogę policzyć na palcach jednej ręki osoby, które chciały poświęcać mi swój czas, pozując na żywo. W trakcie studiów nie było zbyt wielu chętnych, ani tym bardziej teraz, gdy już wszyscy pracują i nie ma większej straty w życiu, niż bezinteresowny bezruch.

Na żywo malowałam głównie modelki szkolne, którym płacono za stanie na golasa przed gawiedzią, oraz osoby pozujące na kursach przygotowawczych do egzaminu na Akademię, które siedziały lub stały przed nami w prostych pozach, które początkujący adept sztuki, jest w stanie przenieść na płótno/papier. Do tego stanu rzeczy musiałam się dostosować i malowałam li i jedynie to, co widziałam przed sobą, w sposób jak najbardziej realistyczny. Znudzona powtarzalnością tworzonych sytuacji, po pewnym czasie zaczęłam manipulować kompozycją: zmieniałam tło za modelem, umieszczałam konwencjonalnie pozujących ludzi w fantastycznej przestrzeni. Pracownia na moich rysunkach rozrastała się do rozmiarów zamkowej sali a światło na ciało padało nie z reflektora halogenowego, a z gotyckich okien albo od słońca wschodzącego nad łąkami. Jednak nie miałam wpływu na urodę, pozę, czy płeć modela. Brałam, co szkoła oferowała, z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Dlatego, gdy zaczęłam tworzyć własne kompozycje, było oczywiste, że będę posiłkować się zdjęciami. Najbezpieczniej jest wykonywać własne fotografie. Model wie że jest fotografowany, wyraża zgodę na przetwarzanie swojego wizerunku i nikt też nie może mi zarzucić kradzieży zdjęcia. Jednak z biegiem czasu zaczęłam korzystać również z internetu, zwłaszcza gdy zobaczyłam że inni czynią to bez najmniejszego zażenowania. Malowanie z cudzej fotografii to podobno inspiracja a nie kradzież. Czyn nieelegancki ale nie zabroniony, bo przecież obraz docelowo nie wygląda tak, jak pierwotne zdjęcie (chyba że ktoś maluje prace hiperrealistyczne). Zresztą granice „pożyczania” w fotografii zostały przekroczone chyba w momencie, gdy amerykańska artystka Sherrie Levine zaprezentowała sfotografowane przez siebie reprodukcje wielkich dzieł sztuki nowoczesnej i podpisała swoim nazwiskiem.

Korzystanie z sieci, jest przydatne zwłaszcza, gdy chce się malować golasy. Tak jak wspominałam w poście o ascetycznym Jerzym, mało kto ma odwagę obnażyć się przed znajomymi. Zdarzył się co prawda szczęśliwy bezpruderyjny okres na początku studiów, gdy ze znajomymi strzelaliśmy sobie nagie fotki, bardzo użyteczne do szkiców i nauki anatomii. Jednakże minął on szybko i bezpowrotnie, może ze względu na powstały lekki niepokój o to, co się później z tymi zdjęciami dzieje... Jedyną pozostałością owych beztroskich czasów są odbitki gdzieś na dnie szuflady.

Gdy obecnie maluję na podstawie fotografii z internetu, staram się, po pierwsze, zapisywać źródło, po drugie, nie wykorzystywać po chamsku całości kompozycji, jedynie jakiś jej fragment, np. jedną postać w ruchu, która potrzebna mi do mojego planu. Staram się nie być sępem, żerującym na twórczości innych ludzi i wybieram drobiazgi, które potem przerabiam na płótnie dla swoich potrzeb. Bardzo często pozuję sama sobie (przy użyciu aparatu i życzliwej osoby). Często zestawiam postaci z różnych zdjęć, choć owocuje to problemami z oświetleniem sceny. Jeśli postaci na zaplanowanym obrazie mają wejść w jakiś kontakt fizyczny zesobą, staram się wykonać fotografię z wszystkimi modelami jednocześnie, aby scena była jak najbardziej realistyczna.

Malowanie pejzażu jest o tyle łatwiejsze, że krajobraz wokół nas cierpliwie trwa w bezruchu, gapienie się na niego jest darmowe, więc nic tylko brać podobrazie pod pachę i uwieczniać. Ale niestety światło na mnie nie poczeka, w ciągu dnia ciągle się zmienia, więc trzeba liczyć się z ewentualnością przychodzenia w to samo miejsce przez wiele dni o tej samej porze dnia, aby uchwycić konkretny moment. Dość żmudna ewentualność, będąca normą dla malarza XIX-wiecznego, ale nie dla mnie, rozbestwionej dzisiejszym tempem życia. Dlatego, o ile nie jestem na plenerze sensu stricto, noszę często ze sobą aparat i fotografuję ciekawe zakątki, z nadzieją, że któryś kadr będzie nadawał się do malowania. Podczas malowania pejzażu miasta, z reguły występują problemy z perspektywą, gdyż nie posiadam statywu do aparatu i mam lekkie przesunięcia kadrów. Później muszę składać całą panoramę z kilku różnych ujęć, nie zawsze pasujących do siebie. Dlatego moje krajobrazy miejskie, bywają minimalnie nieprawidłowe pod względem perspektywy, co staram się nadrabiać światłem i kolorem

Postać na pierwszym planie - fotografia własna, postać w tle - Masza Archipova, wokalistka Arkony (zdjęcie z sesji promującej płytę zespołu)

Rysunek z czasów studiów - modelka przeniesiona z pracowni na łąkę


2 komentarze:

Katarzyna Przywecka pisze...

Zdecydowanie przedkładam wpisy malarskie. :-)

blog malarki pisze...

Będzie ich więcej. Na razie jestem w fazie maniakalnej na geocaching.

Prześlij komentarz