Recent Posts

piątek, 7 kwietnia 2017

O brzydocie dziecięcych strojów i akcesoriów

źródło

Zanim w moim ekosystemie pojawiło się dziecko, żyłam szczęśliwie w bańce estetycznej, oddzielona od szpetoty świata zewnętrznego i wrzasku w przestrzeni. Przynajmniej we własnym domu, otaczały mnie tylko te przedmioty, które sama wybrałam, a zatem dla mnie były one piękne. W posiadaniu potomstwa najbardziej przerażały mnie (poza oczywistymi minusami, typu brak snu, degrengolada ciała, całodobowe obsługiwanie małego potwora): pierdolnik w mieszkaniu oraz brzydota akcesoriów, ubrań i otoczenia, w jakim przebywają te małe istoty.

Że dzieci gustu nie mają, to sprawa oczywista. Co ohydne, kiczowate, świecące i migoczące to się bachorowi spodoba. Ja, będąc potomkiem pary artystów, czyli ludzi względnie oświeconych estetycznie, otoczona dizajnerskimi wnętrzami i akcesoriami (jak na ówczesne peerelowskie możliwości) i tak miałam zgoła odmienne od moich rodziców zdanie, na temat tego co jest ładne. Lubiłam pachnące kolorowe notesiki, połyskliwe lajkrowe legginsy, szkatułki z brylantem na wieczku, okręciki w szklanej butli, imponowały mi balustrady z tralek i skórzane zegary ścienne. Mając 6 lat już wiedziałam, że najwspanialsza zabawka na świecie to Barbie w różowej śliskiej kiecce, śmierdząca ostro plastikiem. Rodzice długo nie chcieli mi jej zakupić, bym sobie nie spaczyła wyobrażeń o kobiecej urodzie - próżny trud. Zaś, gdy szłam do przedszkola, mama z babcią uszyły mi śliczny prosty płócienny fartuszek w liściasty rzucik, ja powiedziałam, że nie będę tego nosić, bo chcę mieć taki stylonowy granatowy i falbaniasty, jak pozostałe dziewczynki... (zainteresowanych tematyką fartuchów stylonowych odsyłam do tej, wielce pouczającej dyskusji)

Mając świadomość dziecięcej mentalności i widząc co dzieje się w mieszkaniach należących do moich dzieciatych znajomych, drżałam ze zgrozy. Nie dość, że salon zmienia się w śmietnik, pełen plastikowej tandety, chaotyczne składowisko dziecięcych zabawek, nie dość, że wszędzie leżą odpadki żarcia i widnieją ślady dziecięcej działalności (porysowane ściany, obrzygane kanapy) nie dość, że do domu przybywa kupa niegustownych sprzętów (przewijaki, wanienki, krzesełka, chodziki), to jeszcze ubranka małego człowieka przyprawiają o mdłości. W zależności od płci pociechy, rodzic wiecznie patrzy na księżniczki bądź na maszyny, wszystko w rażących barwach, pełne nadmiaru środków wyrazu oraz zdobniczej przesady.

Ja rozumiem, że dzieci lubią jaskrawe barwy. Rozumiem też, że rodzicowi wygodniej ubrać pociechę w czapkę w czerwono-zielone kropy, aniżeli w szarą, bo dzięki wyrazistemu kolorowi łatwiej może obserwować pozostającego pod jego opieką młodocianego (mającego naturalną tendencję do nagłych zniknięć). Ale szpetota jest kwestią doboru odcieni i detali. Udowodnię to na poniższym przykładzie zabawki wiszącej dla niemowlęcia:



źródło 1, źródło 2
Po lewej stronie mamy hipka firmy Canpol Babies. Reprezentuje on poziom estetyczny i cenowy zwyczajny produktom dla dzieci, dostępnym na polskim rynku. Czyli intensywne i kontrastowe kolory, od których przewraca się w kichach. Jego kumple wyglądają podobnie; oczojebny fiolet, jajeczna żółć, wściekła zieleń, elektryzujący błękit, gaciowy róż w najbardziej wymiotnych połączeniach. Z prawej strony widzimy podobną zabawkę - robocik Mamas&Papas. On również nie grzeszy umiarem w kwestii doboru barw, wzorów i faktur, a jednak jego widok jest przyjemniejszy dla oka. Zieleń, choć intensywna, ma nieco bliższy naturze odcień, fiolet został zgaszony (w porównaniu z fioletem Canpol Babies), czerwień z oranżem współgrają i kontrastują z zielenią, zaś dopełnieniem jest odcień morski. Do tego zestawu dodano ostre wzory czerni i bieli, które jednak nie rażą, a wręcz uspokajają kolorystyczny przepych robocika. Nie muszę chyba mówić, że robocik jest kilkakrotnie droższy od hipka? W codziennym użytkowaniu niewiele się różnią, oba dzwonią, a niszczą się tylko na tyle, na ile niemowlę jest zdolne je ociamkać i zakurzyć. Czyli płacę za wygląd zabawki, nie jakąś szczególną jakość (w końcu dziecięce zabawki muszą spełniać określone normy). Ktoś posiedział nad projektem robota, by starannie dobrać tkaniny w niebanalnych wzorach i odcieniach, zdolne przyciągnąć uwagę dziecka.


źródło 1, źródło 2
Kolejny przykład. Różowa pościel, powiedzmy, że przeznaczona dla dziewczynki. Dwa komplety po lewej pochodzą ze sklepu Smyk, ten po prawej z 4Kids. Rodzicu, do której byś się chętnie sama/sam położyła/położył? Chcielibyście kimać w Pepie, albo w cukrowych owieczkach? Nie? To czemu ma spać w tym Wasza córeczka? Ja wiem, że jest jej obojętne w jakiej pościeli leży, byle była wygodna i bezpieczna. A skoro tak, to czemu ja, jako rodzic mam znosić, to, że mi pękają oczy, gdy patrzę na łóżeczko dziecięce? Otóż odpowiedź brzmi: bo ohydna pościel w Pepę jest znacznie tańsza, niż stylizowana retro propozycja w łączkę. Znowu, żeby mieć coś ładniejszego, musiałabym zapłacić.


źródło 1, źródło 2
Teraz popatrzmy na kocyki. Milusich pledów z pluszu we wrzody łączonego z bawełną ci u nas na rynku dostatek, a i innych opcji nie brakuje. Po lewej stronie wersja ekonomiczna, czyli zielony poliestrowy BabyMatex oraz różowy (o nieznanym składzie) Sensillo. Oba w hmmm... wyrazistych barwach, które, jak można się domyślić, są w stanie całkowicie zaburzyć spójny wygląd wnętrza, w którym się znajdą. Po prawej opcja lux: bawełniany pasiasty Gingerbread i A ja mam kota z wrzodami w kolorze mango. Jest lekka różnica w cenie, prawda? Nie da się też ukryć, że na kocyki po prawej stronie patrzy się z większą przyjemnością. Cena jednak skłania do zadumy.

A teraz przejdźmy do dziecięcych strojów. Zdaję sobie sprawę, że niemowlę bardzo szybko rośnie i kupowanie mu drogich ubrań nie ma sensu. Ale z uwagi na mój zawód, będzie chyba usprawiedliwione, jeśli powiem, że jeśli rodzicielstwo ma polegać na tym, że wokół mnie nastąpi całkowita degrengolada wizualna, to wolę od razu się zabić własną pięścią. Jeśli moje słodkie bobo ma być ubrane w coś co mi się nie podoba, to tak jakbym samą siebie ubrała w szpecące mnie łachy. Przecież bym tak nie zrobiła, prawda? (no chyba, że będę szła wyrzucić śmieci po zmroku)

No więc ja protestuję przeciwko temu, żeby dzieci były ubierane jak pajace, w stroje, których dorosłych wersji nikt by nie ubrał. Dlaczego matka nie założy różowej tiulowej sukieneczki z cekinami, jak jej kilkumiesięczna córka? Czyżby wyczuwała, że będzie wyglądać niedobrze? Ojcze, czemu nie ubierzesz bluzy z nadrukiem misiaczków, jak twój syn? No to może chociaż auta z kreskówek? Scoobie Doo? Nie? 
źródło
Proszę bardzo, oto widzimy znienawidzony przeze mnie typowy zestaw dziecięcy, nawet nie mogę powiedzieć, że szczególnie tani. Skoro dla dziewczynki, to oczywiście wściekły róż. Czerń ma zapewne neutralizować ten galopujący infantylizm, ale w połączeniu z zestawem drapieżnych smaczków, efekt mamy osobliwy. Nie dość, że występują kontrastowe kolory, to do tego jeszcze: nadruk (dwa rodzaje grafiki plus głupawy napis "cutie baby"), spódniczka i to z podwójną falbaną z firanowatego tiulu (pseudobaletowa?) oraz na dobitkę jakieś śmieci przyczepione przy nogawkach. Przesyt totalny. 


źródło
A obok prawdziwa orgia fioletu i różu, których odcienie zostały zapewne specjalnie dobrane przez zespół ekspertów. Skoro na bodziaku są naszyte kwiatki, to muszą być powtórzone na spodniach (rzecz jasna w zupełnie innym układzie kolorystycznym i innej technice). A skoro już kwiatki są motywem wiodącym, to dodajmy też kropki, a gdyby i tego było za mało, to możemy jeszcze naszyć kotka w obróżce odpowiadającej kolorystycznie jednemu kwiatkowi ze śpiocha. Cóż za wysmakowany detal!


źródło

Jest też propozycja dla chłopca: oczojebna zieleń, zestawiona kontrastową lamówką. Jak widać, obok intensywnego koloru, w stylizacji dominuje krata na porciętach, powtórzona w typowo męskiej naszywce na T-shircie. Pod pojazdem pojawia się też bardzo pomysłowy i zaskakujący napis, z tym że, nie wiedzieć czemu, część tekstu umieszczono pod kątem, a jako bonus występują różne wielkości tej samej czcionki. 
Druga prześliczna stylizacja utrzymana jest w tradycyjnej chłopięcej barwie błękitu, z dodatkiem (przynajmniej ładnej w odcieniu) żółci. 
źródło
Skoro nie ma kratki, to muszą być pasy, napisy (znów bogactwo czcionek) i cyferki (wiadomo, chłopiec równa się umysł scisły). Dobrze, że wprowadzono urozmaicenie: część napisów jest nadrukowana a część naszyta, bo jakiż byłby powód, żeby je ujednolicić? No i oczywiście typ kurteczki nawiązuje do wzorców amerykańskich i sugeruje powiązanie ze sportem (chłopiec musi być sprawny fizycznie). Nie wystarczy aby tego bogactwa?
I tak, na ogół stylizacje chłopięce są nieco bardziej stonowane niż rozbuchany różem i koronkami świat królewien. Poniżej mamy przykład prawie przyzwoitego dresu, który jednakowoż został zepsuty jakimś głupawym słoniem. Przyznajmy natomiast, że jest to nienajgorsza propozycja odzienia również dla dziewczynki.
źródło



Ponieważ różnica w cenie między ubraniem, które mi się podoba i tym którego na swym dziecku nie zniosę, nie jest aż tak duża jak w przypadku zabawek czy akcesoriów, to moim prywatnym protestem przeciwko kiczowatemu dizajnowi jest ubieranie dziecka w jak najbardziej minimalistyczną (jak na standardy bachorze) odzież. Taką, której sama nie wstydziłabym się założyć. Kolory zestawione z umiarem. Nadruki z kreskówek won. Hasła-truizmy won. Dozwolone poziome paski, czyli klasyka w garderobie dorosłych ludzi. Jeśli występuje jakiś konkretny i dominujący deseń, to nie akceptuję napisów ani dodatkowych grafik, Przypisany chłopcom niebieski i granatowy należą na szczęście do moich ulubionych barw (o czym pisałam w poście o moich upodobaniach kolorystycznych), o ile oczywiście odcień nie jest zbyt jaskrawy. Staram się wystrzegać zbyt infantylnych wzorów, choć czasem się nie da uniknąć spotkania z misiaczkiem. Ale dobrze zaprojektowane zwierzątko na sweterku jest rozczulające. Chętnie patrzę na motywy botaniczne i zoologiczne. Jeśli góra stroju wrzaskliwa, to dół spokojny i odwrotnie.
Uważam, że ludzie z naszej strefy klimatycznej najlepiej wyglądają w stonowanych kolorystycznie strojach i to samo dotyczy dzieci. Barwy występujące w przyrodzie (w NASZYM rejonie geograficznym, a nie np. w Amazonii) zestawione razem zawsze zagrają. To, że w latach 70 i 80 bachory chodziły w przechodzonych przez wiele pokoleń barchanach, to nie znaczy, że teraz powinniśmy odreagowywać tą biedę na naszych pupilusiach. Zwłaszcza, że rzekomy przepych, który im fundujemy wcale nie oznacza zasobności, tylko tandetę i ubóstwo z fabryk w Bangladeszu. A zamiłowanie do bizantyjskiego bogactwa zdobień; kolorów, wzorów, faktur, nadruków na jednym kawałku materiału jednocześnie, świadczy o naszej ukrytej potrzebie ozdobienia swojego szarego życia. Nie możemy spełnić jej na sobie, bo narazilibyśmy się śmieszność. A dziecko nie zaprotestuje, gdy odstrzelimy je jak na odpust.


Moi ulubieńcy (część zdobyłam): źródło 1, źródło 2, źródło 3

Niech będzie, że się czepiam. Będziemy ubierać nasze dzieci odpustowo, bo tego badziewia jest na rynku więcej, jest tańsze i zdecydowanie łatwiej dostępne. Poza tym, na początek kariery rodzicielskiej często dostajemy rzeczy za darmo w spadku po starszych dzieciakach a wszak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Ja też otrzymałam w prezencie mnóstwo ubrań i zabawek od dobrych dusz i jestem im za to bardzo wdzięczna, bo znacząco obniżyły moje koszty życia z bobasem. Ale teraz, gdy szkrab spowolnił już tempo wzrostu a ja obeznałam się z tematem, chcę widzieć wokół siebie odrobinę ładu estetycznego. Powstaje tylko pytanie, czy gdy kiedyś przekażę komuś ten cały majdan, to czy utrafię z moją szarzyzną w gust następnego posiadacza?







4 komentarze:

Tomek pisze...

Witaj, chciałbym przesłać Ci pewną fotografię lecz tu nie mam takiej możliwości, jakbyś udostępniła jakiegoś e-mail... :)

opencaching:
tomekelko

Tomek pisze...

aa e-mail do mnie jak coś:
tomsnow@o2.pl

Tomek pisze...

Napisałem E-mail do Ciebie ale cisza... trudny kontakt z Tobą :D

blog malarki pisze...

Dzień dobry. Wszystkich, którzy chcieliby się ze mną skontaktować, informuję, że nie używam maila na bloggerze, tylko dwóch innych kont: Na potrzeby geocachingu: kotnadi@gazeta.pl, zaś oprócz tego, mój najczęściej używany mail to nadikot@wp.pl :)

Prześlij komentarz