Recent Posts

piątek, 8 sierpnia 2014

Opuszczona baza wojskowa w Jarosławcu

Garaże
Jarosławiec należy do tego typu miejscowości nadmorskich, jakich nienawidzę. Podobnie jak Dąbki i Darłówko (tolerowane przeze mnie tylko jako dzielnica królewskiego miasta Darłowa). Wrzask, tumult, stragany z tandetą, smażalnie ryb i ludzie, którzy przyjechali po to, by też się usmażyć. Zaiste, musiano by mi zapłacić, żebym zechciała spędzić urlop w podobnym miejscu. Nie wiem jak urlopowicze, których obserwuję, mogą w ogóle wypocząć w takim piekle.

Na szczęście w pobliżu jest też coś dla mnie: opuszczona jednostka wojskowa. Ruiny cywilizacji pochłaniane powoli przez naturę mają dla mnie urok dzieła sztuki. Taki widok przywodzi mi na myśl wieloletni performance, dekonstruujący wytwory ludzkiej ręki.
Nie mówiąc już o tym, że zwiedzenie terenów, na które nie było wstępu, bo panoszyło się tam socjalistyczne wojsko, ma posmak satysfakcji. Oczywiście nędzne to zwycięstwo, bo wojsko wyniosło się stamtąd z własnej woli około roku 1990 i z własnej woli porzuciło te budynki na pastwę losu. Tym niemniej miałam okazję obserwować spektakl walki cywilizacji z naturą oraz zwiedzać obiekty, których widok może rozszerzyć mój ciasny światopogląd.


Przed wejściem na nieogrodzony teren bazy była chwila wahania, bo na drzewie przytwierdzono oczojebną tabliczkę z napisem "teren prywatny, wstęp wzbroniony, obszar objęty monitoringiem". Ale ruszyliśmy twardo dalej (miałam dwóch współkeszerów), bo bylibyśmy głupi, gdybyśmy zrezygnowali ze zwiedzania, po 25 kilometrach zawziętego pedałowania.
Czułam lekki dreszcz, bo nie lubię łamać przepisów (i nie chciałabym być na tym przyłapana), ale uspokajałam się myślą, że niby do czego miały by być podłączone te kamery, jeśli w bazie dawno nie ma prądu? Do czego przytwierdzone? Do drzew i krzaków, jak w "Igrzyskach śmierci"? Teren jest tak zapuszczony, że raczej nikomu nie chciałoby się inwestować w ten monitoring. Myślę, że chodzi o asekurację obecnego właściciela, jeśli któraś z nielegalnie zwiedzających osób zrobiłaby sobie tam krzywdę.


W jednostce umieszczono 3 skrzynki geocache. Pierwsza na wejściu, w budynku po lewej stronie od głównej drogi. Z tego miejsca jeszcze można by było zwiewać, jeśli pojawiłby się ktoś z ochrzanem. Pozostałe dwie ukryte wewnątrz bazy. Do najstarszej i największej trzeba się wspiąć na dach hangaru, toteż mieliśmy lekki problem z transportem rowerów przez chaszcze. W końcu porzuciliśmy je i szukaliśmy na piechotę. Trzeci kesz zapeklowano przy garażach dla wojskowych pojazdów (prosty dojazd główną drogą).


Zastanawiałam się czy właściciel najstarszego kesza nie wkurzył się, że posadzono mu dwie świeżynki pod nosem, tym samym obniżając atrakcyjność jego skrytki. Jednak, po krótkiej burzy mózgów, nasze wnioski są takie:

1. Obecność dwóch nowych keszy wręcz podnosi atrakcyjność starego, gdyż, być może, więcej osób zajrzy do bazy znęconych wizją zdobycia nie jednej, a aż trzech skrzynek.

2. Stary kesz ciągle wygrywa na wielkość. To jeden z pokaźniejszych, na jakie natrafiłam w mojej krótkiej karierze.


3. Osoby płochliwe, takie jak ja, trudno byłoby skłonić do obejścia całej bazy (zwłaszcza, że ciągle miałam omamy słuchowe, że ktoś za nami łazi, gada w krzakach, śledzi nas), tymczasem większa ilość keszy zmusiła mnie do wędrówek i zwiedzenia obiektów, których normalnie bym nie zobaczyła, bo spieprzałabym jak zając w podskokach po zaliczeniu pierwszej skrzynki.



0 komentarze:

Prześlij komentarz