Recent Posts

środa, 6 maja 2015

Jeleniogórska majówka - zamki



Zwiedzanie okolic Kotliny Jeleniogórskiej w majowych dekoracjach to dla mnie raj na ziemi. To nie mój pierwszy pobyt w tej okolicy (jeśli w góry, to Karkonosze najbliżej) lecz moje pierwsze tutejsze skrzynki geocache. Cichcem liczę na to, że powrócę ze zmasowanym atakiem na wyższe partie terenu.

Chojnik



Ten zamek odwiedzam w regularnych odstępach czasu, najczęściej, ze wszystkich średniowiecznych budowli w Polsce. Charakterystyczne falowane blanki dokumentuję fotograficznie od 20 lat, tak więc nuda paanie, mogę co najwyżej zaobserwować ząb czasu na mej twarzy i sylwetce. Mury spenetrowane, zaś legenda o Kunegundzie, co się rzuciła ze skał, bo zbyt późno zorientowała się, że przesadne wybrzydzanie w kwestii wyboru partnera na życie nie popłaca, wychodzi mi już uszami. Wejście na Chojnik to dla mnie spacer na rozruch przed górami.

Nie przewidziałam, że w okresie majówki na Chojniku może być turystyczna cho(o)jnia. Wszyscy jakby zmówili się, żeby dopchać się do środka na godzinę przed zamknięciem obiektu (tak, ja też byłam w tej grupie). Podjęcie skrzynki było masakrycznie utrudnione, gdyż co chwila ktoś lazł do góry albo złaził z wieży. Na szczycie taki zamęt i tłok, że już myślałam, że rzucę się w dół ze złości, jak Kunegunda. Wrzeszczące dzieciaki (co chwila łapane za fraki, coby nie wypadły), przepychający się dorośli, ze srajfonami. Zwiedzający podejmowali próby zrobienia sobie zdjęć na tle krajobrazu, bez ujmowania w kadrze pozostałych turystów (bez powodzenia).
Dobra, do rzeczy. Staliśmy tam chyba pół godziny. Macaliśmy miejsce ukrycia skrzynki cyklicznie pomiędzy włażącymi/złażącymi, by w końcu dojść do wniosku, że albo pudełka nie ma, albo ktoś je wcisnął wgłąb i jest nie do wydobycia. Gdyby nie intymna bliskość z pozostałymi turystami, ucieszyłabym się z możliwości reaktywacji (wyobrażam sobie zawsze, że zbawiam świat), ale tym razem zorganizowanie pudełka, logbooka tymczasowego i sfotografowanie obrazka było mordęgą. Zlazłam stamtąd zapocona i wkurzona.


Jak ja się mam dopchać do tej skrzynki?
Rzut oka w górę...
... i w dół.
Obrazek wrzucony do kesza
Chwila oddechu przy zrelaksowanym smoczusiu


Grodziec



Grodziec z daleka wygląda jak Mont Saint Michel (powiedzmy), wzdęty pośród rzepakowego płaskowyżu. Określenie tego zamku, jako położonego w pobliżu Jeleniej Góry, jest może trochę na wyrost, gdyż najbliższe miasto to raczej Złotoryja. No ale przyjmijmy, że dla turystki z Poznania... 

Zazwyczaj zwiedzanie zamku wygląda podobnie. Wędrówka po komnatach, oglądanie cennych eksponatów zza pluszowych łańcuchów (dobrze, jeśli odpada temat filcowych kapci), zakaz fotografowania, zakaz dotykania, a co cenniejsze obiekty, dla dodatkowej ochrony przed profanami, umieszczone w szklanych gablotach. Mile widziana zaduma i mądre kiwanie głową nad archeologicznymi śrupami, w rodzaju kawałków grotów strzał, czy jednej dwudziestej części glinianej miseczki z czasów plejstocenu.

Informuję: w Grodźcu tak nie jest. Tu panuje całkowity luz. Jest malowniczo i bezpretensjonalnie. Wystawa to dziwny konglomerat przedmiotów od Sasa do lasa. Prawie wszystko można swobodnie pomacać. Przyznacie, że w muzeach nieczęsto się to zdarza. Dominuje nieład i lekka nonszalancja. Pomieszczenia wyglądają trochę tak, jakby korzystano z nich podczas imprez okolicznościowych i ktoś z grubsza jeno ogarnął je dla zwiedzających. Wychodki najwyraźniej są w stałym użyciu (silny smród uryny), co właściwie świadczy pozytywnie o budowniczych zamku; wszakże zaprojektowali tak ergonomiczne i ponadczasowe wnętrza i kible, że nawet po upływie setek lat ludzie korzystają. Na drewniane repliki łóż z baldachimami można włazić, niczym w Ikei (dlatego zapewne kapy wyglądają niezbyt świeżo). Wiele innych obiektów jest tak dziwacznych i absurdalnych, że nie wiem czy potrafię opisać wystawę. Może niech zdjęcia przemówią za mnie.
Odniosłam wrażenie, że zarządca (kustosz?) zamku Grodziec nie dysponował żadnymi sensownymi eksponatami do przyozdobienia komnat, dlatego pracownicy przejechali się po okolicznych wsiach, zebrali, co kto miał starego, zbędnego lub dziwacznego w chałupie i z tego zmontowali wystawę. Plus repliki. Muszę powiedzieć, że taka atmosfera jest dla mnie bardzo odświeżająca, porównując ją z usztywnionymi wizytami np. w wypasionym Książu, czy Nachodzie. Jej wartość to głównie kontrast ze wszystkim, co do tej pory w podobnych miejscach oglądałam.

Widok ogólny komnat zamkowych
Widok na gablotę z butelkami alkoholu (dałabym głowę, że widzę dżin
lubuski). Po lewej stronie tancerka flamenco(?)
Znakomita kopia bitwy pod Grunwaldem (?)
Święty Jerzy z twarzą pełną ekspresji
Jeleń na rykowisku (nieproporcjonalnie duży łeb świadczy o tym,
że jest to osobnik wyjątkowo rozumny)
Portrety rycerskie
Czyżby Mitoraj? 
Malowidło dla miłośników koni
Rumiany Pan Warzywny
Zasromany gargulczyk (wysokość około 30 cm)

Wyluzowani rycerze. U Sapkowskiego był zaklęty Jeż, tu mamy Kota

Zagospodarowanie dziedzińca, to osobny rozdział. Odbywał się festyn (turniej rycerski?) z okazji majówki, więc kupa luda się zjechała (po naszemu: wuchta wiary). Podobnie jak w zamkowych komnatach, na zewnątrz dominował rozbuchany czynnik eklektyczny. Zwykli turyści przechadzali się nieco ogłupiali od rejwachu, pośród straganów i punktów gastronomicznych. Bachory szarpały się między sobą, bądź uprzykrzały życie rodzicom, skamląc żeby kupić im to czy tamto. Pomiędzy tzw. normalsami kręcili się osobnicy odziani z grubsza średniowiecznie, dojrzałe panie w zunifikowanych strojach ludowych, trafiały się też krakowianki (?), typy stylistycznie zbliżone do gangu motocyklowego oraz dziewczynki w tandetnych strojach paramediewalnych, zakupionych przed chwilą na straganie. Był też jeden jakby Tatar (przyodziany w dziwne koce), o twarzy wskazującej silne spożycie napojów wyskokowych, oraz Sarmata w kontuszu. Tyle zdążyłam zaobserwować. W rytm zapiewania koła gospodyń wiejskich spożywano: mięsa z grilla, pierogi, ciasta wyrobu lokalnego, piwsko, lody (parasoli reklamowych nie może zabraknąć na żadnej imprezie masowej), chleby, miody. Oprócz tego można było nabyć: serwetki haftowane, ceramikę artystyczną, plazdykowe koraliki i inny badziew mejdinczajna, grafiki przedstawiające średniowieczne herby, bohomazy (styl prosto z Galerii Floriańskiej), bądź kamienie półszlachetne barwione na wszystkie kolory tęczy. Program artystyczny obejmował między innymi naparzankę średniowiecznych wojów oraz występy zespołów muzyki różnej.


Rzut oka na dziedziniec
Śpiewające gospodynie mają swoich wiernych fanów
Inny zespół muzyczny (?) w drodze na scenę
Żryj, nie marudź! Znaczy się normalsi.
Eksponat z plenerowej galerii rzeźby
Niby wszystko zwyczajne, a jednak coś mnie niepokoi...

Niech nie zwiedzie Was mój ironiczny ton. Mi się naprawdę to wszystko podobało. Połączenie jakiegoś polskiego niechlujstwa, anarchii estetycznej (można to nazwać też swobodą ekspresji), tandety straganowej (świadczącej wszak o ożywieniu gospodarczym) w dekoracjach starych murów i przepięknej majowej pogody, zrobiło na mnie duże wrażenie. Nieco gorzej zrobiło się przy podejmowaniu skrzynki, gdyż zawiodłam, a właściwie zwiodłam moją drużynę w krzaki pod murami, gdzie ktoś prawie oddał na nas mocz z wychodka na wysokości. Poszukiwania były długie, wyczerpujące. Gdy w końcu odnaleźliśmy skrzynkę, włożyłam do niej obrazek, przedstawiający człowieka z miną podobną do mojej po zakończeniu zwiedzania.


Wioska na podgrodziu




Wieża Rycerska - Siedlęcin


Przy opisie Siedlęcina będę się streszczać. Jest to miejsce niepozorne. Wieża rycerska nie powala wysokością, do tego położona między zabudowaniami wiejsko-kościelnymi, więc dość trudno ją wyłuskać z krajobrazu. Do tego, w pobliżu znajduje się znacznie bardziej oblegany przez turystów punkt, tzn. Perła Zachodu (będzie o niej w następnym poście). Zwiedzający wolą jechać tam, choćby z powodu dobrej paszodajni. Gdyby nie sugestie tubylców, nigdy bym do Siedlęcina nie trafiła. Uczciwość wymaga przyznania, że jest to moja druga wizyta. W czasie poprzedniej bytności, nasz małoletni towarzysz, był jeno nastiturusem, tym razem zaś mógł czynnie uczestniczyć w zwiedzaniu oraz podejmowaniu kesza. Wyobraziłam sobie, że w takiej wieży jak ta, mogła toczyć się akcja polecanych przeze mnie powieści Kaari Utrio. Wstęp 5 zł, ekspozycji czasowej brak, za to można podziwiać wnętrza i widoki z wieży.






Niestety, ta skrzynka geocache nie została przeze mnie uhonorowana obrazkiem. Powód prozaiczny: wyprztykałam się z portrecików przed końcem pobytu w Jeleniej Górze.



0 komentarze:

Publikowanie komentarza