Recent Posts

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Wokół Wetliny (keszowanie z niemowlakiem cz. II)


Po pierwszym niepowodzeniu w Górach Świętokrzyskich naszedł czas na sukcesy. Niemowlak dał się urobić do chodzenia (noszenia) po górach. Pokonaliśmy wspólnie dwie trasy wokół Wetliny oraz jedną do opuszczonej wsi Caryńskie.


Wetlina to miejscowość, która najbardziej przypadła mi do gustu podczas pierwszego pobytu w Bieszczadach i zawsze prę do tego, by tutaj osiedlić się na czas urlopu. Najwyżej cenię pobyt na polu namiotowym PTTK, z jego sfatygowanymi prysznicami (z zapchanymi odpływami i foliową zasłonką lepiącą się do ciała, gdy tylko powieje wiatr), zmurszałymi kiblami z pastewnym papierem toaletowym, drapiącym w dupę, z odgłosami libacji, kopulacji i gitary, które utrzymują mnie w iluzji wiecznej młodości na biwaku, swobody i fantazji. Oczywiście o swobodzie w towarzystwie małego dziecka nie może być już mowy, zaś wizja wieczornego godzinnego ataku ryku pod namiotem napawała mnie trwogą, zatem musiałam ze smutkiem podjąć decyzję o przejściu do innej (gorszej) kasty turystów-mięczaków, zakwaterowanych w budynkach o wyższym standardzie.

Rabia Skała

Na rozruch zaplanowaliśmy wejście na niewielką zalesioną górę - Jawornik. Atutem tej wycieczki byłoby to, że to krótka trasa, pozwalająca na szybki odwrót, gdyby spokojny tobołek postanowił przekształcić się w tobołek wrzeszczący. Jednakowoż pasażer był cały czas życzliwy i tak pozytywnie nastawiony do otaczającej go rzeczywistości, że przedłużyliśmy spacer aż na Rabią Skałę.
To szlak dobry dla osób chcących zachować porcelanową szlachecką karnację. Przebiega prawie cały czas przez las, więc nie trzeba osłaniać się przed słońcem, ani smarować obrzydliwym kremem z filtrem 50 (po którym twarz robi się świecąca i pryszczata a całe ciało lepkie i znakomicie absorbujące przydrożny kurz). Nie uświadczymy niestety zbyt wielu panoramicznym widoków, tak promowanych na fotografiach ukazujących Bieszczady.
Nagrodą po wielogodzinnym wysiłku jest niewielka polanka z słupem informującym o wysokości szczytu i drogowskazami kierującymi w bardziej interesujące rejony gór (na przykład na Rawki), ale aby się do nich dostać, potrzeba kolejnych kilku godzin. Rabia Skała to idealna trasa na początek pobytu, bo po niej wszystkie inne szlaki wydają się ładniejsze i ciekawsze.


Nieopodal szczytu Jawornika znajduje się pokaźny kesz Kuferek. Ciężko do niego podejść z pasażerem w nosidełku, gdyż skrytka usytuowana jest na bardzo stromym zboczu. Trzeba też zejść z głównego szlaku i przedrzeć się przez krzaki. Przed nabyciem i użyciem nawigacji turystycznej, raczej nie mielibyśmy szans na odnalezienie kesza pośród wielu podobnych pni drzew i bylibyśmy skazani na dewastujące przyrodę deptanie i rycie na oślep. Okazało się, że wnętrze kuferka traktowane jest jako śmietnik, znaleźliśmy na przykład ubłocony dziecięcy kalosz. Cenne precjozum.
Aby podjąć drugiego kesza  na trasie Rabia Skała, należy zejść ze smętnego wierzchołka góry na połoninę, gdzie około 600 metrów od szczytu właściwego, znajduje się platforma widokowa. Taras umożliwia ogląd Bieszczadów słowackich i ukraińskich.
Poważnym minusem szlaku jest powrót po własnych śladach, zakładając, że chcemy wrócić do Wetliny. Dopiero na Jaworniku możemy wybrać jedną z dwóch dróg, w zależności od tego w której części miejscowości chcemy się znaleźć. Ja na przykład dokonałam złego wyboru i skierowałam się prosto na szlak zielony (wchodziliśmy żółtym). Większość osób woli wchodzić w góry łagodnie, a schodzić stromo (bo niby zejścia są łatwiejsze - guzik prawda), tymczasem ja mam zawsze na zejściach fatalny czas, problemy z kolanami itp. Żywy tobołek na piersi pogłębiał poczucie nierównowagi. Nagrodą za męczarnię była możliwość podjęcia lekkiego łatwego i przyjemnego kesza Beskidnik, związanego z pozostałościami po bieszczadzkiej kolei.


Połonina Wetlińska 

Skoro już zainstalowaliśmy się w Wetlinie, najprostszym wyborem ścieżki rekreacyjnej jest oczywiście Połonina Wetlińska. Komfortowe wejście ze środka wsi, powrót trochę gorzej, bo zejście na którąkolwiek stronę oznacza kilkukilometrowy marsz szosą na zbolałych (już) kopytach.
My wybraliśmy wejście na przełęcz Orłowicza, szybkie zdobycie Smerka i przemarsz przez połoninę aż do słynnego schroniska Chatka Puchatka. Tobół trochę protestował na podejściu, a do tego na górze dość mocno wiało, co mogło przyczynić się do przemiany Milusia we Wkurwisia. Po opatuleniu niemowlaka we wszystkie szmaty, polarki i kocyki jakimi dysponowaliśmy, młody trochę stłamszony ucichł ale w końcu uprzejmie zasnął na trzy godziny, co dało nam możliwość spokojnego podjęcia keszy Smerek, Przełęcz Orłowicza i Połonina Wetlińska. W skrzynce na Smerku został klocuś, w zamian wyciągnęłam geocoina (wreszcie coś cenniejszego niż szyszki i kamienie!) Mad Max. 

Wymiana
Kesza przy schronisku nie udało się podjąć, bo wokół kłębiły dzikie tłumy (jak przystało na bezludne Bieszczady). Widok poniżej:

Cisza i spokój, jak to w Bieszczadach
Nawiasem mówiąc, gdy dochodziłam do Chatki Puchatka, bardzo pilnie potrzebowałam już skorzystać z toalety. W głębi duszy zżymałam się na myśl, że w schroniskach górskich zawsze sanitariaty są płatne i to drogo (no w końcu komuś trzeba zapłacić za ciężką robotę ze zwiezieniem guana w doliny), więc 5 zyla pójdzie jak nic... Zapomniałam, że w tym miejscu czas się zatrzymał. Kibelek jest za darmo, ale za to jaki! Nie wrzucam zdjęcia, bo nie chcę robić złej reklamy Chatce, a poza tym przecież sama chciałam jechać w dzikie Bieszczady. To sławojka dla twardzieli, tyle tylko mogę rzec, a na naszych oczach kilka osób zrezygnowało ze skorzystania, stwierdziwszy, że ich potrzeby fizjologiczne nie są jednak aż tak silne.

Powrót odbył się szlakiem czarnym, bardzo malowniczym i mniej oblężonym niż czerwone zejście do Berehów Górnych, dochodzącym do kempingu Górna Wetlinka. Stamtąd, jak mówiłam, powrót mógł być bardzo ciężki, bo trzy i pół kilometra asfaltem, a dla nas jeszcze więcej, bo mieszkaliśmy akurat na drugim końcu wsi. Jednak widok obwisłego w nosidełku niemowlaka skruszył serce rodziny, która akurat się stamtąd ewakuowała wieloosobowym samochodem i ci wspaniali ludzie uratowali nas od męki, podwożąc tyłki pod samą paszodajnię, w której się stołowaliśmy po zejściach z gór.


A jak to się stało, że te wycieczki stały się w ogóle możliwe, po naszych traumatycznych przejściach na Łysicy? Ano udało się to oczywiście z powodu ustępstw rodziców na rzecz rozwydrzonego(?) potomka.
1. Nie zaburzamy mu rytmu porannej drzemki po śniadaniu. W ten sposób wymarsze opóźniają się mniej więcej do godziny 11, co wykluczałoby baardzo długie trasy, na przykład tatrzańskie. Niemniej jednak, nasz niemowlak jest bardzo wytrzymały do późna (my już umieramy, a on nie), więc nic nie stoi na przeszkodzie by wracać z nim wieczorową porą, cały czas aktywnym, ożywionym i nie dającym się upakować do łóżka.
2. Obrócenie delikwenta twarzą w kierunku jazdy. Nic to, że zalecenia od producenta nosidełek informują, że dziecko można obrócić "od siebie", dopiero gdy ukończy 6 miesiąc życia i będzie umiało już całkiem sztywno siedzieć. Któż jednak chciałby, choćby był zbyt młody na ekstrawagancje, zwiedzać świat z twarzą wciśniętą w cycki matki czy ojca? Toż to pomysł dla osowiałych warzywek! Niemowlak musi wszystko widzieć, a im więcej ludzi mijanych na szlaku, tym lepiej. Wtedy łaskawie ograniczy wymowę do delikatnego gaworzenia.

Daj pożyć człowiekowi

0 komentarze:

Publikowanie komentarza